Dziennik pokładowy


Natasza dopłynęła do celu
1 grudnia 2009 r.

1 grudnia 2009 r. Natasza Caban dopłynęła do portu w Honolulu i tym samym zakończyła swój rejs dookoła świata. Przez ponad dwa lata żeglarka z Ustki przepłynęła na niewielkim jachcie Tanasza Polska niemal 26 tysięcy mil morskich! Jednak jej samotna podróż była nie tylko wyczynem sportowym, ale też próbą charakteru oraz szansą aby poprzez swoją pasję pomagać innym.

Swoją podróż Natasza zakończyła na Hawajach, w tym samym miejscu, w którym ją rozpoczęła. 1 grudnia 2009 r. o godzinie 17.00 czasu lokalnego, na nabrzeżu w Honolulu czekali na nią przyjaciele, przedstawiciele tamtejszych władz oraz dziennikarze. Zgodnie z lokalną tradycją udekorowano ją girlandami kwiatów i oblano szampanem, zaś cumy z rąk żeglarki odebrał Krzysztof Kamiński - właściciel jachtu Tanasza Polska Ustka, który użyczył go jej na czas rejsu. Natasza nie kryła swej radości, ani łez wzruszenia, a powitalne przyjęcie trwało do późnych godzin.


Ostatni etap podróży
9 listopada 2009 r.

8 listopada Natasza opuściła Markizy i tym samym rozpoczęła ostatni etap swojego samotnego rejsu dookoła świata. Już wkrótce dopłynie do Honolulu - portu, w którym rozpoczęła podróż ponad dwa lata temu.


Nuku Hiva
23 września 2009 r.

Natasza dopłynęła na wyspę Nuku Hiva w archipelagu Markizów na obszarze Polinezji Francuskiej. Jest to najważniejsza wyspa archipelagu, położona na północny wschód od Tahiti. Ze względu na konieczność dokonania kilku napraw na jachcie, żeglarka zostanie tu nieco dłużej.


Galapagos
12 sierpnia 2009 r.

23 lipca Natasza wypłynęła z Panamy kierując się w stronę archipelagu Galapagos. Po 20 dniach żeglugi, 10 sierpnia, żeglarka dopłynęła do portu na wyspie Santa Cruz.


Ostatni przystanek
15 czerwca 2009 r.

29 maja Natasza Caban opuściła wyspę St. Lucia i obrała kurs na Panamę. To nie był łatwy odcinek, gdyż pogoda była kapryśna i nie sprzyjała samotnej żeglarce. Między Wenezuelą a Columbią dużo padało, a ogromne fale nie dawały jej nawet przez chwilę odpocząć. Zresztą jak twierdzi Natasza: spanie w mokrym śpiworze to żadna przyjemność.

Po pokonaniu Kanału Panamskiego, 12 czerwca żeglarka dopłynęła do Colon w Panamie. Pozostanie tu przez jakiś czas, szykując jacht do ostatniego etapu swojej podróży dookoła świata.


Rejs z Robertem zakończony
26 maja 2009 r.

Robert Rumak gościł na pokładzie Tanaszy od 14 do 24 maja. Te 10 dni spędzonych na Wyspach Karaibskich były dla niego pełne wrażeń. Nurkowanie, wspinaczka na wulkan, zjeżdżanie na linach, wycieczka do lasu deszczowego, wodospad, to tylko nieliczne atrakcje przygotowane przez Nataszę. Poza tym chłopiec uczył się sterować jachtem, co doskonale mu wychodziło. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i karaibska przygoda dobiegła końca.


Rumak na Karaibach
19 maja 2009 r.

Robert Rumak i jego opiekun Andrzej Trojanek, już od czterech dni są na Karaibach. Tanasza Polska to pierwszy jacht, na którym Robert został zaokrętowany. Chłopcu podobają się palmy kokosowe i karaibskie plaże, ale najchętniej spędza czas w wodzie. Największym rozczarowaniem dla Roberta jest całkowity brak na Karaibach jego ulubionego soku jabłkowego!

Obecnie jacht "Tanasza Polska Ustka" znajduje się na Martynice. Robert pływał już na łodzi ze szklanym dnem, miał okazję nurkować. Przed nim jeszcze wiele atrakcji, m.in. nurkowanie z butlami, zdobywanie basenów i skoki na trampolinie.



Robert jest w drodze
14 maja 2009 r.

Robert Rumak jest w Londynie. 13 maja chłopiec wraz z Andrzejem Trojankiem, swoim opiekunem z Fundacji "Mimo Wszystko" wyleciał z Krakowa do Londynu. To pierwszy etap ich podróży. Stamtąd wyruszą na wyspę St. Lucia, gdzie spotkają się z Nataszą Caban i już razem jachtem "Tanasza Polska Ustka" popłyną w niezwykły rejs.

- Bardzo się cieszę z tego, że zobaczę ogromne morze z błękitną, czystą wodą. Ale najbardziej nie mogę doczekać się spotkania z Nataszą! To musi być niesamowita osoba! - powiedział Robert.


Święta Łucja
10 maja 2009 r.

9 maja Natasza dopłynęła do Saint Lucia, wyspy na Morzu Karaibskim, będącej częścią Małych Antyli. Tam dołączy do niej 14-letni Robert Rumak, podopieczny Fundacji "Mimo Wszystko", który tak jak wcześniej Karolina Sawka, będzie miał szansę przeżyć niezapomnianą przygodę.


Równik
25 kwietnia 2009 r.

Natasza przepłynęła równik.


Fernando de Noronha
17 kwietnia 2009 r.

13 kwietnia Natasza zakotwiczyła na wyspie Fernando de Noronha. Podczas pobytu na niewielkiej wyspie, żeglarka z wydatna pomocą miejscowego elektronika naprawiła pompę zęzową i czekając na zamówionego wcześniej autopilota zajęła się gruntownym zwiedzaniem wyspy. Paczka utknęła gdzieś w Sao Paulo, jednak Natasza nie narzekała, gdyż Fernando de Noronha okazało się jednym z piękniejszych miejsc, jakie miała okazję odwiedzić podczas swojej podróży. Dopiero 19 kwietnia, Tanasza zaopatrzona w nowego autopilota wypłynęła na ocean.


Urodzinowa Wielkanoc
12 kwietnia 2009 r.

Dzisiaj Natasza ma podwójne święto, gdyż w tym roku jej urodziny wypadły dokładnie w pierwszy dzień Wielkanocy. Z tej okazji skład codziennego menu został wzbogacony o królika i jajka z czekolady. To pierwsze samotne święta wielkanocne Nataszy w jej życiu i w dodatku urodziny!

Żeglarka znajduje się obecnie ok. 100 mil od archipelagu Fermando de Noronha, czyli jakieś 450 km od wybrzeży Brazylii.


Święta Helena
25 marca 2009 r.

Po 16 dniach żeglugi i pokonaniu 1700 mil morskich, Natasza dopłynęła do Wyspy Św. Heleny. Jest to niewielka wyspa wulkaniczna (jej powierzchnia wynosi zaledwie 122 km2) położona na Oceanie Atlantyckim, około 1900 km na zachód od południowo-zachodniego wybrzeża Afryki. Św. Helenę, która jest zamorskim terytorium brytyjskim, zamieszkuje 4255 osób. Brak lotniska powoduje, że jedyne połączenie z wyspą zapewniają statki kursujące do RPA i Wielkiej Brytanii.

Natasza zatrzyma się na wyspie jeden dzień, gdyż zamierza jedynie uzupełnić zapasy paliwa.


Pożegnanie z Afryką
10 marca 2009 r.

9 marca, po gruntownym przygotowaniu jachtu, Natasza wypłynęła z Kapsztadu. Kolejny etap jej samotnej podróży będzie wiódł prawdopodobnie przez Wyspę św. Heleny do Brazylii, a następnie na Karaiby. Wszystko zależy od czasu i pogody.


Rejs z Nataszą II
27 stycznia 2009 r.

21 stycznia, Natasza przyleciała z krótką wizytą do Polski, której celem jest uzgodnienie szczegółów dotyczących kolejnej już akcji charytatywnej przygotowywanej wspólnie z Fundacją Anny Dymnej "Mimo wszystko".

Żeglarka postanowiła zaprosić na swój jacht następne dziecko, które zmaga się z niepełnosprawnością. We wrześniu ubiegłego roku na pokładzie jachtu "Tanasza Polska" gościła czternastoletnia Karolina Sawka .W tym roku zaproszony został kolejny podopieczny Fundacji - Robert Rumak, którego największym marzeniem jest podróż dookoła świata. Dzięki inicjatywie Nataszy już za kilka miesięcy chłopiec wyruszy na Karaiby.

Natasza Caban spotkała się 25 stycznia z p. Anną Dymną i jej współpracownikami z Fundacji "Mimo Wszystko" w Krakowie. Spotkanie było owocne, gdyż udało się uzgodnić wiele szczegółów dotyczących planowanego rejsu Nataszy z Robertem.

Żeglarka zostanie w Polsce do 6 lutego.


Ach ta Afryka!
10 stycznia 2009 r.

Tanasza stoi bezpiecznie w marinie w Kapsztadzie i czeka cierpliwie aż wypłynie dalej w stronę Brazylii. Tymczasem Natasza korzystając z okazji i pięknej pogody, zwiedza wybrzeże Afryki Południowej, podróżując autem. Droga którą jedzie rozciąga się u stóp gór i biegnie wzdłuż brzegów oceanów. Przy trasie znajdują się fantastyczne winiarnie, gdzie nie tylko można degustować pyszne wino, ale też zobaczyć jak powstaje ten szlachetny trunek.

Zanim wypłynie w dalszy rejs, Natasza chciałaby spróbować popływać trochę na desce surfingowej.


Sylwester
31 grudnia 2008 r.

Ostatniego dnia w roku, Natasza wspięła się na Przylądek Dobrej Nadziei. Z lądu wygląda on zupełnie inaczej, ale też magicznie. Mocno wiało, a ciekawskie małpy zaczepiały samotną żeglarkę. Północ przespała.


Wigilia na safari
24 grudnia 2008 r.

Wigilię Natasza spędziła nietypowo, gdyż zamiast lepić pierogi i ubierać choinkę, pojechała do Parku Narodowego Krugera w RPA. Znajduje się tam obecnie 300 gatunków drzew, 52 gatunki ryb, 33 gatunki płazów, 114 gatunków gadów, 507 gatunków ptaków i 147 gatunków ssaków. W obrębie parku żyje m.in. 300 gepardów, 3000 hipopotamów, 900 lampartów, 1500 lwów, 2000 hien cętkowanych, 200 czarnych nosorożców, 32000 antylop, 7500 słoni, 5000 żyraf, 1300 białych nosorożców, olbrzymie ilości zebr, bawołów i antylop. Natasza miała zatem szansę lepiej poznać tutejszą faunę a nawet .wejść w głębszą zażyłość z... gepardem.

Wieczór Natasza spędziła z tutejszą Polonią. Była choinka, życzenia, uroczysta kolacja i opłatek przysłany z Polski przez mamę Nataszy. Zamiast karpia, o którego raczej trudno w Afryce Południowej, na stole pojawiła się. płetwa rekina.


Na granicy oceanów
10 grudnia 2008 r.

Przekroczenie granicy między Oceanem Indyjskim a Atlantyckim, Natasza uczciła toastem z jogurtu truskawkowego.

Żeglarka bez większego problemu opłynęła Przylądek Dobrej Nadziei, pomimo tego, że to miejsce znane jest również pod nazwą Przylądka Burz. Jest to najdalej wysunięta na południowy zachód część kontynentu afrykańskiego. To właśnie tutaj w XVII wieku zaginął w tajemniczych okolicznościach holenderski statek, który zasłynął potem jako Latający Holender. Podobno jego zobaczenie zwiastuje nieszczęście. Natasza jednak nie zobaczyła statku - widma i bez przygód dopłynęła do Kapsztadu. Miasto jest konstytucyjną stolica Republiki Południowej Afryki i największą aglomeracją kraju liczącą około 2,5 mln mieszkańców. Kapsztad leży w północnej części Półwyspu Przylądkowego nad Zatoką Stołową w odległości 50 km od Przylądka Dobrej Nadziei. Dzielnice miasta rozciągają się amfiteatralnie nad Atlantykiem, a od zimnych podmuchów wiatru z Antarktydy chroni je malowniczy masyw Góry Stołowej (1087 m n.p.m.).


Najdłuższe 250 mil...
3 grudnia 2008 r.

Po przepłynięciu 250 mil morskich, Natasza dopłynęła do portu East London w Republice Południowej Afryki. Podczas rejsu, na oceanie rozpętała się bardzo silna burza. Wiatr osiągał siłę nawet 59 węzłów na godzinę. To naprawdę dużo! Nic dziwnego, ze żeglarka musiała zmagać się nie tylko z żywiołem ale też z... chorobą morską.

Był to najtrudniejszy dotychczas odcinek - nic dziwnego, że to miejsce nazywane jest "dzikim wybrzeżem", a jachty starające się wypłynąć z Durbanu, częstokroć muszą do niego wracać i próbować raz jeszcze.


Komu w drogę...
30 listopada 2008 r.

Dzisiaj poprawiła się pogoda i Natasza wypłynęła z Durbanu. Teraz kieruje się do. East London. Oczywiście nie chodzi o wschodnią część Londynu w Wielkiej Brytanii, ale miasto portowe w RPA. Jeśli jednak pogoda będzie nadal dopisywała, żeglarka nie zatrzyma się w East London i zacumuje dopiero w malowniczym Port Elisabeth.


A teraz Afryka!
23 listopada 2008 r.

Natasza dopłynęła do portu w Durbanie, gdzie jak zwykle spotkała się z przyjaznym przyjęciem i dużym zainteresowaniem miejscowej Polonii. Durban to główny port i drugie co do wielkości miasto w Republice Południowej Afryki. Znajduje się tam największe na świecie oceanarium oraz centrum Sibaya z zuluską wioską. Jednak Natasza nie planuje długiego pobytu w porcie, gdyż spieszno jej do Kapsztadu, gdzie chce wziąć udział w wymarzonym safari. W związku z tym żeglarka jest gotowa do wypłynięcia w każdej chwili, jak tylko pojawi się "okno pogodowe".


Zbyt bliskie spotkania
17 listopada 2008 r.

Dzisiaj Natasza cudem uniknęła kolizji z dryfującym kutrem rybackim. Tylko dzięki szczęściu i szybkiej reakcji żeglarki udało się uniknąć przykrej i być może tragicznej w skutkach przygody. Kuter mógł przecież z łatwością roztrzaskać niewielki jacht! Przepływający niedaleko statek natychmiast zgłosił raport o incydencie do pobliskiej stacji brzegowej.


Ocean wymaga poświęceń
9-10 listopada 2008 r.

Do Durbanu pozostało jeszcze 1200 mil morskich. Pogoda jest zmienna i Natasza pilnie obserwuje barometr. Doświadczeni żeglarze twierdzą, że Ocean Indyjski jest najbardziej kapryśny i wymagający, ale też najpiękniejszy. Natasza całkowicie zgadza się z tą opinią.

Dookoła jachtu podskakują tuńczyki.


Kurs na Durban
6 listopada 2008 r.

Natasza po raz kolejny wypływa z Reunion. Tym razem bez niespodzianek. Ocean jest całkiem spokojny, a żeglarka ma towarzysza - figlarnego delfina, który towarzyszy jej przez cały dzień. Niestety zabrane z wyspy sery pleśniowe zaczęły okrutnie śmierdzieć. Jacht nie jest wyposażony w lodówkę i tym razem Natasza raczej nie skosztuje francuskich specjałów.


Falstart
4 listopada 2008 r.

Nadszedł czas, aby opuścić malownicze la Reunion, pożegnać nowych przyjaciół i ruszyć w dalszą drogę. Niestety niedługo po wypłynięciu Natasza zauważyła, że "Surazo" - jacht jej chilijskich przyjaciół, stracił swój grotmaszt. Jest to główny i najważniejszy maszt na jachcie, zatem jej znajomi znaleźli się w niezłych tarapatach. Na szczęście Natasza płynęła niedaleko i mogła pomóc swoim przyjaciołom sprowadzić jacht z powrotem do mariny. Nie było to proste, dopiero o 2 w nocy zmęczeni żeglarze mogli zjeść kolację i iść spać. Znowu na Reunion...


Jak pech to pech
29 października 2008 r.

Po 23 dniach żeglugi po niespokojnym Oceanie Indyjskim, Natasza dopłynęła do wyspy Reunion. To był bardzo trudny odcinek. Nie dość, że sztormowa pogoda nie dawała żeglarce odpocząć, to jeszcze w ranę na stopie (pamiątka z Wysp Kokosowych) wdała się infekcja. Nie jest lekko refować żagle, gdy boli noga i nie można nawet porządnie stanąć. W związku z tym Natasza postanowiła zamiast na Rodrigues popłynąć na bliższe Reunion. 27 października Natasza dotarła do wyspy. Jednak jak pech to pech. Kilka godzin po przypłynięciu żeglarka pokuśtykała na molo, aby wprowadzić do portu zaprzyjaźniony jacht. Właśnie wtedy w chorą nogę ugryzł ją pająk, co wywołało ostrą reakcję alergiczną. Na szczęście w szpitalu szybko poradzono sobie z tym problemem i teraz, chociaż noga boli ją nadal, Natasza czuje się już dobrze.

Na wyspie Reunion żeglarka zostanie kilka dni. W tym czasie dokona niezbędnych napraw na Tanaszy i trochę odpocznie.


Zmiana kursu
14 października 2008 r.

Zapadło postanowienie dotyczące zmiany kursu. Natasza zadecydowała, że nie jest w stanie sama, przy pomocy dostępnych na jachcie narzędzi, dokonać koniecznych napraw. W związku z tym zamiast na Rodrigues popłynie na wyspę Reunion, gdzie znajduje się stocznia. Wyspa jest portem zamorskim Francji, dlatego też Natasza ma nadzieję, że przy okazji uda się jej skosztować legendarnej kuchni francuskiej. To będzie miła odmiana po wielodniowej diecie z puszki. Żeglarka szacuje, że dopłynięcie na wyspę Reunion zajmie jej około 10 dni.


Trudny odcinek
9 października 2008 r.

Natasza znajduje się już ponad 460 mil morskich od brzegu. Niestety pogoda nie sprzyja samotnej żeglarce. Ocean Indyjski jest bardzo niespokojny i jacht nękają ciągłe porywiste wiatry, deszcze i sztormy. Dlatego też Natasza rozważa zmianę kursu, aby jak najszybciej na lądzie naprawić szkody jakie spowodowała na jachcie kapryśna pogoda.


Znowu na Oceanie
6 października 2008 r.

Po czterech tygodniach spędzonych na Wyspach Kokosowych nadszedł czas aby znowu wypłynąć na morze. Po dokonaniu niezbędnych na jachcie napraw oraz uzupełnieniu zapasów prowiantu Tanasza Polska obrała kurs na wyspę Rodrigues.


Zobaczyć rafę koralową (Z blogu Karoliny Sawki)
13 września 2008 r.

Kolejny dzień za nami... Pojechałyśmy dzisiaj łódką na Direction Island. Był to ostatni dzień na tej wyspie. Najpierw popłynełyśmy pontonem na jacht. Pogoda była w kratkę. Na szczęście wiał wiatr i przegonił deszczowe chmury. Zrobiłyśmy sobie sesję zdjęciową. Polegała ona na tym, że najpierw z Nataszą stanęłam na dziobie jachtu, później z Elizą na jego rufie. Było wspaniale. Czułam zapach oceanu i taką niesamowitą wolność. Wróciłyśmy na wyspę i dokończyłyśmy naszą flagę pod wiatę. Później zaczęłam wylegiwać się na hamaku. Nie trzeba było się niczym martwić, tylko sobie odpoczywać. Tak jak przez cały czas. Potem poszłyśmy z Elizą popływać. Założyłam swoje okulary do pływania i na 5 sekund się zanurzyłam pod wodę. Widziałam przybrzeżne dno oceaniczne. Było piaszczyste, ale pokryte rożnymi kamieniami. Ale najważniejsze jest to, że będąc pod wodą oderwałam nogi od podłoża i się unosiłam! Ja nie umiem pływać, więc było to dla mnie nowe doświadczenie. Niestety, nie mogę wstrzymywać oddechu, więc pływać pod wodą nie będę. A szkoda. W międzyczasie pan Chacho rozłupywał nam kokosy i śpiewał nam hiszpańskie piosenki. Dzisiaj zakotwiczył też nowy jacht, na którym był Polak! To niesamowite, że nawet na końcu świata można spotkać rodaka. Potem popłynęłyśmy z Nataszą i panem Louis'em na drugi koniec wyspy Direction. Pan Louis zabrał najpierw Elizę trochę dalej na snorklowanie. Mówiła, że widziała takie duże nadymane ryby. Na szczęście nie spotkali żadnego rekina. Potem pan Louis przyszedł i zabrał mnie. Ale ja snorklowałam na płytszej wodzie, na której nie było aż takich mocnych prądów. Byłam w takim specjalnym żeglarskim kole ratunkowym i miałam na sobie okulary do pływania. Pan Louis płynął obok mnie i jak zanurzałam lekko głowę, aby coś zobaczyć, to mogłam się go przytrzymać. Było super! Rafa koralowa jest niesamowitym zjawiskiem. Widziałam małe kolorowe rybki. W paski, czarne, niebieskie, różne. To było bardzo ciekawe. Cieszę się, że mogłam to zrobić nie narażając swoich możliwości oddechowych. Porobiłyśmy sobie jeszcze zdjęcia na takiej platformie i zawiesiliśmy razem z panami z Chile naszą flagę z kamieniem i informacjami do niego. Później przyjechała szybka łódka, która zawoziła nas na West Island. Ja z Elizą musiałyśmy się niestety pożegnać z panem Louis'em i panem Chacho. To było smutne, ale może jeszcze kiedyś będzie dane nam się spotkać? Kto wie? Przecież świat jest taki mały...


List w butelce (Z blogu Karoliny Sawki)
12 września 2008 r.

Dzisiejszy dzień spędziłyśmy w pokoju na West Island. Miałyśmy sporo pracy. Wysyłanie kartek, pisanie blogów, zgrywanie zdjęć. Zajęło nam to cały dzień. Napisałam też list, w którym zawarłam wszystkie informacje dotyczące mojej osoby. Natasza włoży go do butelki i wyrzuci na Oceanie Indyjskim. Ciekawa jestem kto go znajdzie... W międzyczasie dostałam prezent od pani Karen, która wczoraj na kajakach robiła nam zdjęcia. Dostałam od niej książkę, z dedykacją dla mnie, z jej własnymi zdjęciami różnych widoków z Wysp Kokosowych. Oprócz tego dała mi jeszcze płytkę z naszymi zdjęciami, które nam zrobiła na wycieczce. Ja dałam jej jedną płytę z festiwalu Zaczarowanej Piosenki z moją dedykacją. Dałyśmy też pani pracującej w hotelu maskotkę smoka wawelskiego z napisem KRAKÓW. Dzwoniłam też do pani Lity, która też nam pomogła, mimo tego, że mnie nie znała. Bardzo chciała usłyszeć, jak śpiewam, no i zadzwoniłam do niej i przez telefon jej zaśpiewałam Dzwoniłyśmy też z Nataszą do ks. Tomasza Bujakowskiego z pozdrowieniami z Cocos (Keeling) Islands. Na dzisiejszy dzień byłoby chyba tyle. Ale po tej pracy jesteśmy zmęczone. Idziemy zaraz spać.


Pamiątka z Polski (Z blogu Karoliny Sawki)
10 września 2008 r.

Noc na jachcie była niesamowita! Usnęłyśmy bardzo szybko, bo do snu kołysały nas fale. To cudowne uczucie spać na Oceanie Indyjskim! Spałyśmy do bólu. Pierwsza wstała Natasza, potem ja i na końcu Eliza. Zjadłyśmy prawdziwe żeglarskie śniadanie, składające się z pysznej jajecznicy, chleba, szyneczki, serka i herbaty. To wszystko przygotowała dla nas Eliza. Potem pojechałyśmy pontonem z silnikiem na wyspę (jacht jest zakotwiczony dalej od brzegu, ponieważ przy wyspie jest za płytko, żeby jacht mógł podpłynąć). Widoki są jak z widokówki! Na wyspie, oprócz telefonu jest też hamak, na którym bardzo przyjemnie. Jest tam także taka duża wiata, którą chroni przed deszczem i ochrania przed słońcem. Ale jej głównym celem jest to, iż na jej tzw. nogach i pod sufitem są zawieszane rożne pamiątki, które pozostawili żeglarze odwiedzający wyspę. Jest to bardzo pomysłowe. My zaczęłyśmy dzisiaj robić taką niezwykłą i niespotykaną pamiątkę. Znalazłyśmy na jachcie białą deskę i czerwoną farbę. Pomalowałyśmy połowę deski na czerwono, tworząc flagę Polski Przykleiłyśmy też złotą i srebrną monetę, które mamy z krakowskiego rynku, wybijane przez pana pod Kościołem Mariackim. Mamy też zamiar zostawić kamień z namalowaną pszczółką Mają z numerem 244, który zabrałyśmy z Krakowa. Napiszemy też do niego karteczkę z wyjaśnieniem skąd ten kamień pochodzi i datę do niego. Drugi kamień Natasza wrzuci do Oceanu Indyjskiego po czterech dniach od swojego wypłynięcia z Wysp Kokosowych i poda mi współrzędne geograficzne jego położenia. Po południu popłynęłyśmy pożeglować dalej od wyspy. Natrafiłyśmy na długie fale oceaniczne i bardzo bujało. Byłam bardzo ciekawa, czy mam chorobę morską. Czułam jak za każdym wzniesieniem wszystko podchodzi mi pod gardło. To bardzo ciekawe uczucie. Widziałam zachód słońca na otwartym oceanie i jestem bardzo szczęśliwa z tego powodu! Na lądzie przeszły mi wszystkie mdłości. Jestem pod wielkim wrażeniem zaradności Nataszy jest zawsze tak dużo rzeczy do zrobienia, że rzadko kiedy jest czas na cokolwiek. Byliśmy dzisiaj na kolacji u dwóch panów na ich jachcie. Było bardzo przyjemnie. Śpiewaliśmy polskie piosenki i zjedliśmy przepyszne spaghetti. Teraz jesteśmy na jachcie i zaraz idziemy spać


Spotkanie z rekinami (Z blogu Karoliny Sawki)
9 września 2008 r.

Jest BAJECZNIE, CUDOWNIE i WSZYSTKO JEDNOCZEŚNIE! Wstałyśmy dzisiaj, ubrałyśmy się i poszłyśmy na śniadanie. Było bardzo dobre. Po jedzeniu udałyśmy się do sklepu kupić kartki i parę drobiazgów. Po zakupach przyszedł do nas pan, który zawiózł mnie i Elizę na inną plażę, a tam wsiadłyśmy do łódki ze szklanym dnem i popłynęliśmy na Direction Island (należącą do Wysp Kokosowych), gdzie zakotwiczony był jacht. Natasza miała za kilka godzin do nas dopłynąć pontonem, bo załatwiała jeszcze ostatnie sprawy. Oglądanie dna morskiego było bardzo ciekawe. Widziałyśmy olbrzymie żółwie, które na pewno ważyły kilkaset kilogramów. Zrobiły na mnie bardzo duże wrażenie. Natomiast jeszcze bardziej spodobały mi się... rekiny! Było kilka dorosłych i małych. Ale te pierwsze wcale nie były takie duże. Były szare, ale bardzo ładne. Pan, który prowadził łódkę, rzucił im kawałki ryby i stworzenia rzucały się łapczywie na jedzenie. Było to bardzo fajne widowisko. Po mniej więcej dwóch godzinach dopłynęliśmy na miejsce. Po krótkim czasie przypłynęła Natasza i parę innych osób. To bardzo fajnie poznać kogoś nowego i tak sympatycznego jak ci ludzie. Najbardziej zaprzyjaźniłyśmy się z panem Louis'em i panem Chacho z Chile. Są niesamowici! We wszystkim nam pomagali i służyli dobrą radą. Można było z nimi też bardzo ciekawie porozmawiać. Tutaj bardzo przydaje się język angielski Zwiedziłyśmy jacht Nataszy i zabrałyśmy z niego najpotrzebniejsze rzeczy na kolację i do mycia. Na wyspie jest telefon, więc od razu zadzwoniłam do rodziców. Jest to takie niesamowite, że w miejscu gdzie nie ma cywilizacji jest połączenie telefoniczne z całym światem! Zrobiliśmy sobie wszyscy wspólną kolację i bardzo miło płynął nam czas. Najprzyjemniejsze jest to, że tutaj ludzie się nie śpieszą. A my nie wzięłyśmy nawet zegarków, bo są nam one niepotrzebne. Dzisiaj moja pierwsza noc na jachcie, dlatego idę spać, bo nie mogę się doczekać jak będzie!


Karolina w krainie kangurów... (Z blogu Karoliny Sawki)
8 września 2008 r.

Kolejny dzień znowu szybko minął. Wstałyśmy dzisiaj dość wcześnie, bo o 6:45 rano. Samolot miałyśmy dopiero o 11:35, ale pani Ada chciała zawieźć nas przed odlotem do parku ze zwierzętami australijskimi. Do celu dojechałyśmy w samą porę, bo na otwarcie. Najpierw poszłyśmy do kangurów. Było to takie niesamowite przeżycie! Zwierzęta te chodziły sobie swobodnie i nie były w klatkach, tak jak w zoo. Można było do nich podejść i nawet je karmić! Są to bardzo delikatne zwierzęta i tak przyjemnie jadły mi z rąk! Było ich tam bardzo dużo i jak stanęłam z karmą, to po chwili byłam otoczona. W ciągu półtorej godziny zobaczyłyśmy więcej zwierząt niż planowałyśmy. Widziałyśmy różne ptaki, pawie normalne i białe, diabła tasmańskiego, psy dingo, wombata i misie koala! Te ostatnie można było dotknąć. Wombat jest dużym zwierzęciem, ważącym 26 kilogramów! To więcej niż ja! Miał bardzo mięciutkie futerko, tak samo jak misie koala One zaś siedziały skulone na drewnianej belce i jeszcze spały. Ale były takie słodkie! Po tych przeżyciach, pani Ada odwiozła nas na lotnisko. I nawet w trakcie tego lotu miałyśmy przygodę. Na rozpisce naszych lotów było napisane, że startujemy w Perth, potem mamy międzylądowanie na Christmas Island (Wyspa Bożego Narodzenia), a następnie na Cocos Islands (Wyspy Kokosowe). I byłyśmy pewne, że tak będzie. I planowo wyleciałyśmy z Perth. Po jakimś czasie samolot lądował na (według nas) Wyspie Bożego Narodzenia. Po następnych godzinach wylądowałyśmy na kolejnym lotnisku tym razem (według nas) Wysp Kokosowych. Poszłyśmy do miejsca, w którym odbiera się bagaże. I właśnie naszego nie było. Zaczęłyśmy dopytywać się gdzie on może być i dowiedziałyśmy się przez przypadek, że nie jesteśmy na Cocos Islands, tylko na Christmas Island! Poprzednie wyspy, na których lądowałyśmy były naszym celem, a my nieświadomie przedłużyłyśmy sobie lot. Na szczęście samolot do Perth wracał przez Wyspy Kokosowe i udało nam się zawrócić. Doszłyśmy potem z Elizą do wniosku, że miałyśmy złą rozpiskę. Ale wszystko skończyło się dobrze. Na lotnisku przywitała nas Natasza Caban razem z osobami z wyspy, którzy przyczynili się do mojego pobytu tutaj. Z lotniska poszłyśmy do pokoju zostawić rzeczy, potem na kolację, a później postanowiłyśmy zwiedzić nowe miejsce. Wyspa nie jest duża, bo ma tylko 14 kilometrów długości. Ocean Indyjski jest przepiękny. I w ogóle to miejsce jest tak magiczne, że nie da się tego opisać słowami. Jest po prostu CUDOWNIE!!! Po naszym wieczornym spacerze, wróciłyśmy do pokoju i do późnej nocy rozmawiałyśmy z Nataszą. Jest ona niesamowitą osobą o wielkim sercu, z którą od razu się zaprzyjaźniłyśmy. A jutro pierwszy dzień naszej niezwykłej przygody!


Teraz Wyspy Kokosowe
7 września 2008 r.

Natasza zakończyła kolejny etap swojej podróży i 7 września dopłynęła do Wysp Kokosowych. Pomimo wielu przygód odcinek Darwin - Wyspy Kokosowe pokonała zgodnie z przewidywaniami w 20 dni. Podczas rejsu, w dzień Nataszy towarzyszyły sympatyczne delfiny, zaś w nocy żeglarka podziwiała spadające gwiazdy. Nie zawsze było jednak tak przyjemnie, gdyż pogoda była zmienna i niebo często zaciągało się ciemnymi burzowymi chmurami. Jednak groźna szarość Oceanu Indyjskiego nie przestraszyła samotnej żeglarki, która w zachwycie podziwiała jego ponure piękno...   czytaj całość


Jambo Jet do Australii (Z blogu Karoliny Sawki)
7 września 2008 r.

Czwarty dzień się skończył. Jak ten czas szybko mija. Samolot miałyśmy o godzinie 9:35 rano. Musiałyśmy więc wyjechać taksówka spod hotelu około 7:00. Z Wyspy Sentosa na lotnisko w Singapurze jest jakieś 30-35 minut jazdy. Niestety tym razem jechałyśmy całą godzinę! Miałyśmy małego pecha, ponieważ natrafiłyśmy na taksówkarza, który pomylił drogę i dwa razy pokonywaliśmy tę samą trasę. Jakby tego było mało, to w Singapurze zawsze o tej porze są duże korki. Więc z tego wszystkiego musiałyśmy się śpieszyć. Na szczęście zdążyłyśmy na czas. Ten odcinek drogi, trwający pięć godzin, pokonywałyśmy jednym z największych samolotów na świecie: JAMBO JET 747! Było to niesamowite uczucie! Wchodząc do maszyny można było się pogubić. Miał kilka pokładów z osobnymi wejściami. Niestety, nie siedziałyśmy obok siebie z Elizą, bo nie było wolnych miejsc. Ale nie byłyśmy oddalone od siebie zbyt daleko. Ja siedziałam w rzędzie prze oknie, a Eliza w rzędzie środkowym. Muszę powiedzieć, że miałam bardzo miłe towarzystwo. Siedziała obok mnie pani ze swoim tatą. Podejrzewam, że pochodzili oni z Chin albo z Japonii. Byli bardzo sympatyczni. Z tą panią zamieniłam nawet kilka słów po angielsku. Jedyną nieprzyjemną rzeczą podczas lotu były dwie turbulencje. Muszę przyznać, że się bardzo przestraszyłam. Były one dość duże. Trzęsło samolotem i herbatą, którą właśnie w tej chwili podano. Zajrzałam przez okno i zauważyłam, że prawe skrzydło samolotu się rusza! Nie był to przyjemny widok! Pilot mówił do pasażerów przez mikrofon, że mają problem z lewym skrzydłem. Ale jak się rozglądałam po ludziach, to nie widziałam strachu na ich twarzach. Zachowywali się tak, jak od początku lotu. I to mi dodawało otuchy. Ja pierwszy raz miałam do czynienia z turbulencją, a pozostali pasażerowie musieli już mieć takie przygody za sobą i wiedzieć, że to nic groźnego. Także wszystko skończyło się dobrze. Na lotnisku w Perth powitał nas ksiądz Tomasz Bujakowski wraz ze swoimi przyjaciółmi: panią Adą i panem Markiem. W Australii jest teraz zima. Świeci słońce, ale jest chłodniej niż zwykle. Z lotniska pojechaliśmy na plebanię. Tam zjedliśmy polski obiad i odpoczęłyśmy po podróży Poznałyśmy też księdza Stanisława, który prowadzi chór Polonii, która mieszka w Australii. Wieczorem, o 19:00, odbyła się Msza Święta, na której miałam zaszczyt zaśpiewać pięć piosenek religijnych. Śpiewałam na początek Mszy, na kazanie, po komunii i na koniec Mszy dwie piosenki. To było bardzo przyjemne śpiewać dla rodaków, którzy mieszkają na końcu świata. Po Mszy Świętej na plebanii spotkałam się z uczestnikami chóru. Była to głównie młodzież, która przeniosła się kilkanaście lat temu z Polski do Australii. Niektórzy urodzili się już na tym kontynencie i nigdy w Polsce nie byli. Po wspólnej kolacji, pojechałyśmy do przyjaciół księdza Tomasza, u których miałyśmy nocować. Pani Ada i pan Marek pokazali nam całe miasto nocą i najważniejsze jego budynki. I tak szybko zleciał ten dzień. A jutro nasz cel - WYSPY KOKOSOWE!!!!!


Dzień pod znakiem delfinów i motyli (Z blogu Karoliny Sawki)
6 września 2008 r.

W samo południe wybrałyśmy się do delfinarium. Mogłyśmy tam m.in. zobaczyć akrobację delfinów. To bardzo piękne i mądre zwierzęta, które z wdziękiem wykonują polecenia trenerów. A w nagrodę dostają pyszne rybki. Po zakończeniu programu można było sobie zrobić z nimi zdjęcia. I nie tylko - trenerzy pozwalali również je dotknąć. Nam się udało. Ich skóra jest bardzo śliska i przyjemna. Po wizycie w oceanarium wybrałyśmy się wprost do Oceanu Indyjskiego, żeby trochę popływać. Woda była bardzo ciepła! Kolejnym punktem naszej wycieczki był Butterfly Park & Insect Kingdom, czyli królestwo motyli i owadów. Podobno żyje tam około 1500 motyli z 50 różnych gatunków! W tym samym parku można też spotkać mnóstwo ptaków i gadów. Można więc było wziąć papugę na ramię, motyla na policzek, a gada na ręce (co zresztą zrobiłyśmy ;-)) Mówię Wam - niesamowite uczucie! Oprócz parku jest tam również muzeum. W gablotach można zobaczyć m.in. motyle i owady z różnych stron świata. Jestem niezwykle szczęśliwa, że mogłam być w tak wyjątkowych miejscach. I jestem pewna, że obraz Wyspy Sentosa i to co na niej przeżyłam będą mi towarzyszyć przez całe życie!


Pierwszy przystanek (Z blogu Karoliny Sawki)
5 września 2008 r.

Trzynaście godzin podróży za nami. Pierwszy dzień w Singapurze, a dokładniej na Wyspie Sentosa, dobiega końca. Był on niezwykle udany :-) W hotelu byłyśmy o godzinie 9:00. Budynek ten jest niezwykle wielki. Ma aż 10 pięter, a każde z nich jest udekorowane przepiękną roślinnością (słynie z niej cały Singapur). Zmiana strefy czasowej (plus 6 godzin) zmusiła nas do odpoczynku i długiego snu. Strefa klimatyczna również nas zaskoczyła. Jest tutaj o wiele cieplej niż w Polsce. Czasami pada deszcz, ale mimo to jest bardzo gorąco i duszno. Na szczęście mamy w pokoju klimatyzację. Po odpoczynku poszłyśmy z Elizą zwiedzać Wyspę. Najpierw byłyśmy w oceanarium. Było tam mnóstwo różnych zwierząt wodnych, np.: kraby, płaszczki, rekiny. Najciekawsze było to, że niektóre można było dotknąć! Później ruszyłyśmy w inną część Wyspy Sentosa. Tam udałyśmy się na Tiger Sky Tower, czyli na taką wysoką wieżę (110 metrów wysokości). Wjeżdża się na nią siedząc w okrągłej kabinie. Z góry był przepiękny widok! Obejmował Wyspę i Singapur. Potem powędrowałyśmy oświetlonymi alejkami, które zdobiła różnorodna zieleń. To było zaledwie pół dnia, a tyle przeżyłyśmy atrakcji. Już się nie mogę doczekać co będzie jutro, kiedy będziemy miały cały dzień na zwiedzanie!


Rejs z Aborygenkami
23 lipca 2008 r.

Spotkanie Nataszy z uczniami Kormida College miało swój dalszy ciąg. Kilka dni później Natasza razem z czterema aborygeńskimi dziewczynkami oraz ich opiekunkami wypłynęła w rejs. Atrakcji podczas wycieczki nie brakowało. Jeszcze zanim Tanasza wyszła na pełne morze, pasażerki spotkały czterometrowego rekina...   czytaj całość


Spotkanie w szkole
18 lipca 2008 r.

Kormida College to koedukacyjna szkoła średnia, prowadzona przez Kościół Anglikański na terenie Terytorium Północnego. Większość jej uczniów to dzieci pochodzenia aborygeńskiego. Dzięki pomocy Polonii w Darwin, 18 lipca w szkole została zorganizowana prelekcja Nataszy. Żeglarka opowiedziała dzieciom o wytrwałości w dążeniu do celu, o pomaganiu sobie nawzajem oraz wszystkich naprawdę ważnych w życiu rzeczach, których nauczyło ją samotne żeglowanie po Oceanie...   czytaj całość


Poranek z Nataszą w TVN 24
14 lipca 2008 r.

14 lipca w programie Poranek w TVN 24 nastąpiło połączenie telefoniczne z Nataszą, która przebywa obecnie w Darwin w Australii. Żeglarka opowiadała o ostatnio pokonanym odcinku trasy i serdecznym powitaniu jakie przygotowała dla niej Polonia mieszkająca w Darwin.

zobacz materiał z serwisu tvn24.pl


Przystanek Australia
8 lipca 2008 r.

Natasza pokonała kolejny odcinek w swej podróży dookoła świata i 8 lipca wpłynęła do portu Darwin w Australii. Odcinek Port Moresby-Darwin przepłynęła w zaledwie 12 dni, choć po drodze musiała pokonać Cieśninę Torresa, uznawaną za jedną z trudniejszych i bardziej wyczerpujących nawigacyjnie tras żeglarskich. Przesmyk jest płytki, a do tego jest najeżony rafami i wysepkami koralowymi, co nie pozwalało na sen samotnej żeglarce...   czytaj całość


Natasza na żywo w Ustce
5 lipca 2008 r.

Podczas swego samotnego rejsu, Natasza promuje na całym świecie nie tylko Krajowy Rejestr Długów, ale też stara się rozsławiać swoje miasto rodzinne - Ustkę. Natasza jest oficjalnym Ambasadorem Ustki, dlatego też podczas festiwalu "Dwumiasto Słupsk-Ustka", zgromadzeni na promenadzie w Ustce, mieli okazję na żywo usłyszeć żeglarkę. Pomiędzy dwoma pokazami sztucznych ogni, odbyło się satelitarne łączenie z Nataszą, która. opowiadała o swoim rejsie, co u niej słychać i pozdrawiała wszystkich serdecznie. Przez cały czas trwania festiwalu, na scenie na której odbywały się koncerty i festiwalowe pokazy - rozpięty był banner z wizerunkiem Nataszy.


Kolejny etap podróży
27 czerwca 2008 r.

Natasza wypłynęła w piątek 27 czerwca naszego czasu z Port Moresby w Papua Nowa Gwinea i planuje dotrzeć do Darwin w Australii. Tam Natasza uzupełni zapasy prowiantu, wody i paliwa, a następnie obierze kurs na Wyspy Kokosowe...   czytaj całość


Natasza w "Dzień dobry TVN"
22 stycznia 2008 r.

"Ma 30 lat, pochodzi z Ustki, a jej wielką pasją jest żeglowanie, dlatego postanowiła opłynąć świat dookoła w pojedynkę. Jeżeli uda się jej ten wyczyn, to będzie najmłodszą Polką, która opłynie samotnie świat." - w ten sposób redakcja Dzień dobry TVN opisuje nagranie wizyty Nataszy w porannym programie.

Zobaczcie sami klikając w tego linka (otworzy się nowe okno).


Wywiad z Nataszą w Radiu Gdańsk
20 stycznia 2008 r.

Zapraszam do posłuchania audycji Klub Radia Gdańsk (11 stycznia 2008), w której Włodzimierz Raszkiewicz rozmawia z Nataszą.

Radio Gdańsk o wyprawie Nataszy informowało już kilkakrotnie:
Informacja 1
Informacja 2
Plik z nagraniem audycji


Natasza na youtube
19 stycznia 2008 r.


Życzenia dla Was
23 grudnia 2007 r.


Czego mogę Wam życzyć w ten świąteczny czas? Jakie serdeczne słowa mogą najlepiej oddać to, o czym myślę kiedy pragnę podzielić się z Wami całym swoim szczęściem i radością oczekiwania Bożego Narodzenia? Przede wszystkim życzę Wam jak najwięcej zdrowia i sił, miłości i przyjaźni, błogosławieństwa Bożego i częstego dotyku Anioła, niech czas spędzony przy wigilijnym stole przepełniony będzie ciepłem rodzinnym i chwilą zadumy, niech dopełni się w nas tajemnica symbolicznego przełamania się opłatkiem. Gdziekolwiek teraz jesteście, na lądzie czy na wodzie życzę Wam, abyście mieli radosne Swięta, a w Nowym Roku niech spełniają się Wasze marzenia.

Natasza


Natasza w porcie...
21 listopada 2007 r.

Natasza dopłynęła do Port Moresby na Papua Nowa Gwinea. Kolejny etap rejsu rozpocznie się jak tylko zakończy się sezon huraganowy na Oceanie Indyjskim. Wkrótce relacje z ostatnich tygodni wyprawy...


Nocne ryki...
17 października 2007 r.

Miałam trudną noc. Na prawo miałam błyski od burzy chodzącej naokoło jachtu, zupełnie jak fajerwerki na zakończenie sezonu letniego w mojej rodzinnej Ustce. Po lewej miałam dwa kutry rybackie, ja nie wiem jak one te światła noszą, że nigdy nie wiadomo w sumie, w którą to stronę płyną; za rufa ciągnęła się paskudna chmura, która przynosiła porywiste szkwały albo zero wiatru i deszcz... Także przez długi czas słyszałam jakieś dziwne ryki. Przerażające, chropowatym głosem jakby, kogo kto ze skóry obdzierał. Ciszej, potem coraz głośniej i głośniej i znowu ciszej. No straszne ciarki mi przechodziły po plecach dopóki nie zauważyłam dosłownie koło jachtu, że przepłynęłam koło czegoś. Potem znowu i znowu. Okazało się, że przepływałam bardzo powoli wśród całego ptasiego stadka, co to się usadowiło luźno na wodzie i zamiast odlatywać, gdy zagrożone...   czytaj całość


Ptak dla Tomka...
14 października 2007 r.

Niedziela, 14.10.07. 0600 zulu, 12 14 S, 152 00 E, noc bez zakłóceń, pogoda bez większych zmian. Papua-Nowa Gwinea na północy. Toć pędzę jak szalona. Czasem wyciągam nawet z 4,5 węzła :). Po moich prędkościach dwójkowych czuję się co najmniej jak na torze wyścigowym. Może to moja prędkość tak oszołomiła też latające ryby - dziś rano na pokładzie znalazłam ich aż 12. Dziś także przy okazji odświętnej niedzieli pozmagałam się z silnikiem. Chętnie opowiedziałabym, że to na części go rozłożyłam i naprawiłam, ale prawda jest taka, że zanim się zabrałam do niego to jak go włączyłam to jak na złość ładnie chodził. Nawet wsteczny mogłam wrzucić. Jak tu regulować, skoro chodzi pięknie. Jest strasznie gorąco. W środku jachtu jak w piekarniku. Ktoś reflektuje na pieczoną Tanaszkę? Chce mi się pierogów!!! Tak o sobie i o sobie, a wiecie o sposobie Teresy Remiszewskiej? Żeby jajka długo wytrzymały trzeba je sparzyć...   czytaj całość


Biedny Kłapouchy...
13 października 2007 r.

Raz jak poszłam na dziób, pod pokładem, żeby przynieść butelkowe zapasy wody, odkryłam, że mam w spiżarce duże pudełko ciastek. Jeszcze z Honolulu, w kształcie zwierzątek z bajki Kubusia Puchatka. Od tamtej pory też zauważyłam, że często chodzę po wodę. Ale coś trzeba robić, żeby nie zasnąć. Jakiś tor wodny dla statków przecinam albo co: jeden statek, drugi statek, trzeci, czwarty, czwarty, czwarty... Ej no, czyżby wszyscy na jego mostku na raz poszli do ubikacji, a może stalowe nerwy mają. Ale ja to mięczak jestem. Zwrot, ciasno port-to-port (lewa burta do lewej). No rozjechaliby biedaczynkę! Jak już ich minęłam ocknęli się i zmienili kurs. Teraz to już by była musztarda po obiedzie waćpanie. Piąty statek, szósty....chyba nie da się spać dzisiaj. Zagryzam Kłapouchym. Śpiwór ułożyłam sobie dziś na zewnątrz, co by komfortowo czuwać. Jakby co to tylko cyk, otwierasz oko i...   czytaj całość


Przemytnicy ludzi?
12 października 2007 r.

Nocą zagadałam do rybaka, bo jechał nie wiadomo to jakim kursem. W książce chciałam wyszukać, co to on za światła nosił, ale nic nie wyczytałam, bo odkąd zagadałam rybak światła zgasił. "Ki piorun" - pomyślałam?! Zostawił jedynie jakieś dwa, malusie, ledwo co widoczne, ale na tyle widoczne, że wiedziałam, że totalnie zmienił kierunek i przyspieszył. Na radio usłyszałam jedynie: "hoooooo" i potem ciszę. Moje poczucie humoru zmalało do jedynego pomysłu poproszenia ich o zapałki skoro moje się skończyły, ale mina mi zrzedła jak zaczęli płynąc naprawdę na mnie. Słyszałam o szmuglerach ludzi i narkotyków w tych rejonach. Niekorzystnie. Pochowałam komputer, kamerę. Robiłam 3 węzły, a oni przypłynęli obok i płynęli równolegle jakiś kabel ode mnie (kabel to taka fajna odległość, której miara to 185m). W takich momentach to taki pierścionek Arabelli by się przydał. Przekręcasz...   czytaj całość


Budyń bez mleka? Co za czasy?..
11 października 2007 r.

Czwartek, pogoda bez zmian. Wiatru mało 11.10.10 1500 zulu 13 16 S; 156 01 E. Przywitałam dzień budyniem. Ech, jakie to czasy, że nie trzeba przypalać mleka, tylko zalewasz wodą i jest. Nieco w grudki, ale jak smakuje daleko od domu. Dobrze, że nie zrobiłam dziury w metalowym kubku zeskrobując resztki i oblizując łyżkę. Robiąc budyń zalałam wrzątkiem od razu zupkę japońska, kawę, i podgrzałam chili, a wszystko na raz, bo mam ostatnie pudełko zapałek i staram się oszczędzać. Nie wiem jak to się stało. Zapalarka jak już się znalazła, to nie działała. Policzyłam sztuki zapałeczek i jak nie przywieje to marny mój los. Ale z dobrych wieści, to na przykład pompa automatyczna do zęzy działa, choć sama ją naprawiałam. Pompuje dość często, bo przez połączenie wału z jachtem przedostaje się woda. Powinna, nie ma dramatu, bo jak zaciśnięte są śrubki na amen to tez niedobrze, ale że mój janmarek przód do tyłu zamontowany...   czytaj całość


Wszystko dla kobiety...
10 października 2007 r.

środa, Morze Koralowe, pogoda bez zmian, 0030 UTC : 13 19 S, 157 56 E. Istnieją rzeczy, o których marzymy, bo wydają nam się piękne i dobre. Powinniśmy ich pragnąć z całych sił. Nadal mało wiatru, ale popłynęłam specjalnie bardziej na północ, żeby przyłączyć się do prądu, który pomaga mi w mej wolnej, aczkolwiek niesamowicie przyjemnej wędrówce na zachód (północny-zachód). Słoneczko praży niesamowicie. Ryba się suszy. Napawam się tym spokojem, bo w pierwszym etapie nie miałam czasu tak naprawdę odetchnąć. Pogoda na Pacyfiku była trudna, wiele napraw musiałam dokonywać na bieżąco, wszystko było mokre i ledwo, co mogłam się wyspać. Teraz natomiast nareszcie słucham muzyki. Nie dla zagłuszenia zmęczenia, ale dla relaksu. Mam czas przemyśleć rzeczy, które tak długo czekały żebym się z nimi uporała. Mam wreszcie czas na przeczytanie książek, niektóre czekały latami, żebym mogła do nich zajrzeć. Chyba...   czytaj całość


Mahi mahi...
9 października 2007 r.

Słaby wiatr od rufy, robię sobie 4 węzły, słońce świeci, chmur mało, fale małe, naprawiony w Vanuatu furler żagla przedniego pracuje bosko. Moja pozycja na godzinę 1500 UTC : 13 56 S, 158 44 E. Zobaczyłam statek. Z daleka nieduży. Rybacki jak się okazał, z Japonii (z Japonii aż tutaj?). Płynęli w odwrotnym do mojego kierunku i zatrzymali się na moment. Ja już wizję piratów miałam przed oczami, co to atakują moja Tanaszkę i obmyślałam jakby im tu uciec. Wiatru mało, biedny janmorek pociągnąłby może z 6 węzła zanim by ducha wyzionął. Planu Be nie było. W razie, czego włączyłam UKF-kę. Pan kapitan pytał o coś, mało po angielsku, ale choć mój japoński wcale nie lepszy każdy: "sashimi" zrozumie. Zamieszanie się zaczęło. Przetrząsnęłam cały jacht w poszukiwaniu czegoś, czym mogłabym się odwdzięczyć za dostawę świeżej rybki. Piwa niestety nie wiozę - ostatni raz wypłynęłam bez jakiejś skrzyneczki...   czytaj całość


Klapek po burzy...
8 października 2007 r.

Cały dzień obserwowałam chmury. A chmury mówiły: prawdopodobieństwo cyklonicznych zawirowań i wielkie zmiany głębokiego frontu... Nie żebym taka mądra była, ale mam na jachcie książkę o pogodzie. Oczekiwałam, więc na własnoustnie przewidziane zawirowania i wcale mi się to nie podobało. Ba! Wręcz jak rzadko, kiedy nie chciałam mieć racji. Lubię deszcz - jak można w letni wieczór przy nim potańczyć z ukochaną osobą, lubię burzę, gdy siedząc w domu owinięta kocem, czytam dobrą książkę popijając kawą. A tu? Zupełnie inaczej jest w czasie burzy na morzu. Jeszcze inaczej, gdy jest się na nim samej. Cóż w sumie też mogłabym zaparzyć kawę, ale nie wie ktoś, gdzie podziała się moja zapalarka do gazu? A czytać nocą też nie bardzo, bo jak błyska, to boję się używać urządzeń elektrycznych:) A na latarkę szkoda moich pięknych oczu (tak mi kiedyś babcia mówiła:). Nie pozostało mi nic...   czytaj całość


Prawdziwa 'single hander'
7 października 2007 r.

Sobota, Vanuatu local time: 0925, S 15 57; E 163 07 , pogoda bez zmian. Zgadnijcie, co jadłam wczoraj na kolację. Nie zgadniecie. Zupę ogórkową! Różne takie cudeńka dostałam w paczce od mamy, a na deser zagryzłam toruńskim pierniczkiem (dziękuję Ci Magdo za przesyłkę do Vanuatu). I tak oto słodko czekało mi się na ciemną noc bez księżyca. No niby księżyc był, a go nie było, takie chmurzyska. Co raz trzeba było regulować żagle, bo to albo dmuchało nieźle albo na raz siadało prawie do zera. Się człowiek utrudził a pożytku pewnie żadnego. Jutro się okaże na mapie. Czarne niebo miałam i jeszcze czarniejsze chmury, czasem tylko z deszczem czasem nieco wiatru... jakieś dziwne takie. A może się odzwyczaiłam? Było nie było dopiero 3-ci dzień na morzu jestem. Morzu koralowym. W każdym razie w nocy spałam może z trzy godziny, bo to trochę schodzi zanim człowiek po przebudzeniu rozejrzy się dookoła i przypomni sobie, że jest na jachcie...   czytaj całość


Rybka...
3 października 2007 r.

15 węzłów, od rufy, jadę 6 węzłów, dobrze, że jest trochę słońca to baterie się ładują. S 17 16, E 166 1o, 11 utc , 125 mil od Vanuatu. Złowiłam dziś rybę, tuńczyk chyba jakiś. I tylko narobił bałaganu w kokpicie. Wszędzie było czerwono, wszystko się kleiło. A i z mięska niedużo też zostało, bo nóż mój niezbyt ostry, ani ja fachowością w patroszeniu ryb nie grzeszę. Kiedy starałam się nabrać wody do wiadra żeby spłukać dowody morderstwa, fala rzuciła mnie na autopilota, który wyleciał z rumpla i o mało, co niechcący zrobiłam zwrot przez rufę, (co nie jest dobrze). Wszystko przez tą rybę. Zanim domyłam pokład, to fala ochlapała mnie całą, wewnątrz wszystko się poprzewracało przez tą krotką zmianę kursu, i już na sam koniec jak pakowałam czerwone mięsko do woreczka najnormalniej w świecie zebrało mi się i zwymiotowałam. Teraz wszystko ciągle pachnie rybą, nawtykało mi się to za...   czytaj całość


No to płynę dalej!
2 października 2007 r.

Jestem gotowa do wypłynięcia. Jutro wyruszam z Vanuatu w drugi etap swojej podróży. Pogoda jest dość dobra. Muszę jeszcze tylko zatankować paliwo, napełnić zbiorniki z wodą, zakupić trochę świeżych owoców i będę przygotowana. Chcę jeszcze tylko się pożegnać, sprawdzić ostatnie maile, wykonać ostatnie telefony. Czy aby na pewno wszystko naprawione? Czy wszystko będzie działało jak powinno? Czy o czymś zapomniałam? Mój umysł zaprzątnięty jest błyskawicznie przebiegającymi myślami... Choć bardzo chciałabym być już na wodzie to właśnie z pośpiechu wynikają najczęściej błędy. Zatem przeglądam rozpiski i tabele, sprawdzam komputer i GPS, upewniam się, że baterie są naładowane, etc... W tak zwanym międzyczasie starałam się nakręcić materiał video dla Polskiej Telewizji i poprosiłam o pomoc pewnego siedzącego obok mojej łódki obcego mężczyznę, który pochłonięty był lekturą książki. Niestety nieznajomy nie wcisnął...   czytaj całość


Honolulu, chrzest i kolano...
2 października 2007 r.

Od tego biegania to lewe kolano zaczęło się odzywać. Oto Wasza najmłodsza Polka opływająca świat. Tu strzyka, tam strzyka...Trzeba założyć protezę na jakiś czas, tym bardziej, jeśli jutro wchodzę na maszt. Prawe kolano ma dużą bliznę po rekonstrukcji więzadła krzyżowego, bo kiedyś polatałam parolotnią zamiast nad drzewami to po drzewach, a potem dokończyłam dzieła jego destrukcji snowboard'em. Lewe kolano natomiast to zupełnie świeża historia, którą się z Wami podzielę, bo trochę czasu minęło i mogę patrzeć na to zdarzenie z dystansem. A już na pewno z dystansu 3400 mil morskich. Stało się to, bowiem w Honolulu, na niemalże samym początku moich przygotowań do wyprawy...A zaczęło się tak: moja ostatnia dostawa cudzego jachtu wiodła z San Diego na Hawaje. Po drodze straciliśmy płetwę sterową i jeden z załogantów miał wylew. Niekorzystnie, ale po dotarciu na miejsce zobaczyłam "Tanaszę", która jeszcze nie była "Tanaszą"...   czytaj całość


Fał, siłownia i kurczak...
1 października 2007 r.

Kolejny dzionek za mną. Latałam jak z pieprzem (co za dziwne powiedzenie, swoją drogą, czy ktoś może mi powiedzieć skąd się wzięło?). Długo zeszło mi w kafei internetowej, bo połączenie nie bardzo pozwalało mojemu komputerowi na arcy trudne zadania jak na przykład otwarcie od Was listów. Potrzebowałam też zadzwonić, ale jak u mnie dzień to u Was noc, a do przyjaciół z innych krajów też trudno się dodzwonić jak zapomniało się notesu z ich numerami... Z publicznego telefonu nie mam, co korzystać, bo płaci się jak za zboże (kolejne ciekawe wyrażenie), kosztuje to nawet więcej niż połączenie z telefonu satelitarnego, który i tak nie ma tu zasięgu. (A na morzu działa. Dziękuję Krzysztofowi Kamińskiemu i Jego Inter-Pro Sailing Team (www.inter-proauto.com) za zakupienie dla mnie aparatu Iridium i pokrycie kosztów niezbędnych połączeń!!!!) Po próbach internetowych...   czytaj całość


Silnik...
23 września 2007 r.

Silniki mnie chyba nie lubią. Piszczy to takie, za każdym razem jak go odpalę. Pasek klinowy, rzekł Jan Kański z Katowic. Czyli nie jest źle. Mogło być gorzej. Teraz jeszcze muszę się wdrapać między silnik i jego obudowę. Szkoda, że moja 'dieta cud' podczas rejsu, czyli choroba morska - nie dała mi się we znaki. Ani razu sobie nawet nie rzygnęłam, więc i kilogramów nie ubyło a obudowa silnika jak na złość niezbyt duża. Jasiu powiedział, że jak się wymieni paseczek na nowy to i tak będzie troszkę piszczał na początku, bo kółka dwa z nim działające są nieco starawe. (Się narobiło). Powiedział także, że naciągnąć paseczek trzeba odpowiednio. Jak nagnę paluszkiem to ma się nie poddać więcej niż centymetr, a jak go obrócić, to ma pójść maksymalnie 90 stopni. Skąd on to wszystko wie, ja się pytam. A przecież chciałam być mechanikiem, a jakże, choć w sumie, czego ja w życiu nie chciałam...   czytaj całość


Banany
22 września 2007 r.

Fuj! Właśnie w kiści bananów przytargałam sobie na jacht pięć szczypawek. p-i-ę-ć! fuj, fuj, fuj. I jeszcze raz fuj. Ci, co mnie dobrze znają wiedzą, że ich morderstwo klapkiem okraszone było wielkimi okrzykami, gdy te próbowały uciekać wdrapując się na mój szlauch. Oczywiście dobry zwyczaj mówi: "wywieś bananki za burtą w słonej wodzie na czas jakiś albo przynajmniej je wymyj", ale ja oczywiście zadowolona od razu uwiesiłam je w kokpicie. I jem sobie jem i nagle widzę te ogromne, okropne, na pewno włochate i niebezpieczne dla bytu ludzkości szczypawki. Najpierw pierwsza, potem druga...mój Boże. A najgorsze w tym okropnym wydarzeniu było to, że cała kiść zawisła na moim ulubionym sznurku, którego więc nie mogłam odciąć. Musiałam grzebać rękoma po tych bananach, żeby je zdjąć, minuty zdawały się godzinami. No fuj Wam mówię. Już mi się chyba odechciało tych bananów....   czytaj całość


Max i baran
21 września 2007 r.

Mój sąsiad Max z jachtu 'Safina' zawołał mnie na kolację dwa razy, ale za każdym z tych razów nie byłam na 'Tanaszy', więc musiałam obejść się smakiem, ale załapałam się za to na rodzynki zalewane rumem i próbkę nowo zrobionego jogurtu (patrz kilka listów niżej). Zaraz po pracy nad komputerowymi mapami polało się wino i usłyszałam morskich opowieści dziwnej treści ciąg dalszy. Max robi to, co ja. Jedynie z tą mała, choć zasadniczą różnicą, że jego rejs dookoła świata zajmuje mu już jedyne 20 lat. Dziś na dobranoc usłyszałam o jednej z wysp archipelagu Cook'a, na której żyje zaledwie 67 osób i wszyscy pochodzą z jednego pradziada. Opowiedział mi także o pilocie kanału Sueskiego, co to wypił...   czytaj całość


Szpital
20 września 2007 r.

No i się dorobiłam. Infekcji w układzie moczowym. Samotnemu żeglarzowi to i zapalenie w pęcherzu. Ogoliłam z tej okazji nogi i pojechałam do miejscowego szpitala. Szpital jak szpital. Zielony, z widocznymi brakami w wyposażeniu dla sprawnych inaczej i z długą kolejką po druczek potwierdzenia zapłaty za wizytę. I tak podziwiałam panią w okienku, która całymi dniami wypisuje imię, nazwisko, zapłacone. Mając świstek w ręce należało stanąć w drugiej długiej kolejce - przypomina Wam to coś? Bo ja poczułam się jak za dawnych czasów, a pan, dzięki któremu czułam się znowu młodo nadał mi numerek i jedyne 2 godziny później byłam w gabinecie. Ech, nie dziwo, że wszystko wolno szło. Pan lekarz albo sam cierpiał na anemię, albo już wyspiarski czas zupełnie uderzył mu do głowy, bo prędko to ani się nie poruszał, ani nie mówił. Mało tego, po angielsku o dziwo prawie wcale. Pogimnastykowałam swój francuski, on coś porysował i doszedł do...   czytaj całość


2 dni na Vanuatu cz.2
19 września 2007 r.

Dzisiaj wstałam bardzo wcześnie, nie dość, że mam pełno roboty to komary mnie obudziły. Mamy ich tu dużo, gdy nie ma wiatru. Zwykle mam taki specjalny środek na te paskudy. Jest to spirala, którą wtyka się na mały stojaczek i się to podpala. Dymek truje owe paskudy, więc trzymają się z daleka (ciekawe, co jeszcze truje?). Chyba, że spirala się skończy i wówczas mamy pobudkę skuteczniejszą niż najgłośniejszy budzik. Poranki są piękne. Wszyscy śpią, woda w zatoce jeszcze niezmącona pontonami i małymi stateczkami, które kursują w tę i z powrotem pomiędzy małymi wysepkami, to taki idealny czas na kawę i obmyślenie planu na cały dzionek. W "normalnych" warunkach dodałabym także, że to czas na prysznic, ale prysznice w marinie otwierane są dopiero o ósmej, zwykle jest to jakby self - service i trzeba samemu iść po klucz, poza tym woda nagrzewana jest słonecznymi panelami, więc rankiem nie ma co liczyć na gorącą wodę. Ale to nie szkodzi...   czytaj całość


2 dni na Vanuatu cz.1
18 września 2007 r.

Wczoraj miałam smutny poranek. Jakoś tak po wypłynięciu najlepszych przyjaciół czuje się taką pustkę, gdy miejsca po ich jachtach są wolne. Zawsze mówiłam, że lepiej wypływać pierwszemu, nie czuje się tego tak mocno. No, więc od rana wzięłam się do pracy. Wytargałam moje mapy by prześledzić palcami całą moją kolejną podróż. Vanuatu - Wyspy Kokosowe. Na stoliku obok jachtu leżą sterty dużych płacht papieru, niestety okazało się, że niekoniecznie tych, które potrzebuję. Zamówiłam je przed wypłynięciem z Hawajów drogą pocztową. Niech no Wam przypomnę, że Hawaje to też wyspa i wszystko trzeba ściągać albo statkami albo samolotami. Moje mapy przyleciały samolotem z Florydy i doszły w ostatni dzień przed moim wypłynięciem. Nie było okazji dokładnego przejrzenia tego, co zawierała przesyłka z tubą. To był mój błąd. Ale zbieram żniwo z pochyloną głową, bo naprawdę spieszyłam się obligowana pogodą i robiłam, co mogłam, żeby...   czytaj całość


Niedziela
17 września 2007 r.

Dzisiaj nastała niedziela. Uwielbiam niedzielę na lądzie, bo na morzu to nie ma znaczenia, który to dzień tygodnia. Gdyby nie nawigacja to człowiek nie wiedziałby nawet, która jest godzina. Bo i po co. Słońce wstaje - jest dzień, księżyc wschodzi - jest noc. I tyle. To na morzu, a tutaj niedziela oznacza między innymi małe korki, bo wyobraźcie sobie, że miasto Port Vila, choć malusie - naliczyłam 18 ulic :) to samochodów jak komarów. Znaczy się dużo. Przeważnie są to przepełnione autobusy, bo mało, który mieszkaniec wyspy wóz posiada. Za 100 vatu (mniej więcej 3 zł) można karnąć się gdzie ci się spodoba chyba, że nie dogadasz się, co do ceny na początku autobusowego szaleństwa i możecie cię kosztować ta przyjemność aż 20 razy więcej. Są też taksówki, ale czasem w takim stanie technicznym, że wsiadasz i pan taksówkarz nie może zastartować silnika. Natomiast jak już samochód jest w stanie jechać to jedzie jak szalony! Biada...   czytaj całość


Równik
12 sierpnia 2007 r.

Ojej, jakże dziękuję za wszystkie sms'y i telefony! Dodają mi uśmiechu, gdy jest pięknie i otuchy, gdy jest pięknie i ciężko zarazem. I to nie tak Kochani, że jestem odważna, mam jedynie świadomość, że jest coś ważniejszego niż strach. To wszystko. Piszę do Was z Równika!!!!! Wyobrażacie to sobie?? Ech, ileż ja lat czekałam, żeby móc do Was napisać z tego właśnie miejsca na świecie. Za rufą 'Tanaszy' 1300 mil morskich a przede mną 2200 do pierwszego przystanku na Nowych Hebrydach. Dla każdego żeglarza pierwsze przejście tej przysłowiowej linii dzielącej kulę ziemską na północną i południową jest specjalne. Dla mnie każde ko-lej-ne takie właśnie jest, a może samodzielne liczy się od nowa? Powód do radochy w każdym razie jest, bo dodatkowo tak się złożyło, że dziś także mijają dokładnie dwa tygodnie jak jestem na wodzie. Świętować zaczęłam od porannego prysznica. Wiozę spory zapas pitnej wody, ale nigdy tak do...   czytaj całość


Marzenia...
10 sierpnia 2007 r.

Że co, że niby marzenia się nie spełniają? hm... właśnie wgryzłam się w jabłko zakupione na poczet zaprowiantowania jachtu "Tanasza Polska" przed wypłynięciem w rejs dookoła świata... (jak to ładnie brzmi: "dookoła świata", no sami powiedzcie!!!) I tak zajadając się zastanawiam się, czy to możliwe, żeby owoc znaleziony w pierwszym lepszym hawajskim markecie smakował dokładnie tak jak te, które szabrowałam za młodu z ogródków moich sąsiadów (nie byłam sama, ale osoby, z którą to robiłam wymieniać nie będę:)... No, więc pytanie: czy to moja wyobraźnia czy życie jest piękne? A może jedno i drugie. Może po prostu jestem szczęśliwa... Tym bardziej, jak pomyślę sobie ile trudu włożyłam, żeby tu być, teraz, na jachcie, na Pacyfiku. Ile za mną chwil wypełnionych nadzieją - tą spełnioną i nie. Biedni moi znajomi, wierni słuchacze gwarzącej mnie ciągle i wyłącznie o tym samym... (dziękuję Wam za cierpliwość). Wiele...   czytaj całość


Jeden dzień na jachcie...
9 sierpnia 2007 r.

No i się narobiło. Jestem 60 mil na wschód od najbardziej zarekinionej zatoki Południowego Pacyfiku. Wyspa Pymara to najbardziej straszliwa wyspa, o której słyszałam i czytałam. Woda ponoć czarna od rekinów, na brzegu kraby kokosowe półmetrowej wielkości ze szczypcami, które ponoć dobrze smakują, ale jak one pierwsze cię dorwą to olaboga! Do tego mnóstwo ptaków, które nie pozwalają na lądowania, a i samoloty potrafią rozbić... I jakieś niesamowite historie w sobie ta wyspa skrywa i zagadki... (polecam książkę "And the sea will tell" Vincent Bugliosi, Bruce Henderson).... No, ale jak już jestem to jestem, a jak jest rekin to i rybcia mała powinna być, co nie? Na środeczku Pacyfiku, pogoda piękna, chmurki to jak na początku kreskówki o Simpsonsach, zupki chińskie się znudziły no, więc nie mam wyjścia trzeba zarzucić wędkę. A raczej linkę z haczykiem i taką plastikową różowego koloru ośmiorniczką, czy co to takiego. Ło matko...   czytaj całość


Dzień pracy...
5 sierpnia 2007 r.

Miałam listę pełną rzeczy do zrobienia dzisiaj. Prawdę mówiąc wstałam nawet w nocy i zaczęłam je zapisywać, żeby na pewno niczego nie zapomnieć. Znalezienie kawy było na topie mojej listy (przecież gdzieś tu musi być!:)) Następne w kolejce były: sprzątnięcie pod pokładem, wykopać mój kapelusz z dna mojego worka żeglarskiego, zmienić ustawienia GPS'a, naprawić małą usterkę radia, ściągnąć prognozę pogody na najbliższe trzy dni, poprawić umocowanie kotwicy i bomu spinakera na pokładzie, lepiej zasztalować odbijacze, odszukać oplotkę do szota grota... Bez wątpienia zapowiadał się bardzo pracowity dzień! Żeby dobrze rozpocząć dzień włączyłam muzykę, którą dostałam od mojego przyjaciela Szymona i zarzuciłam przynętę. Muzyka brzmiała tak dobrze, że zachciało mi się tańczyć. I kiedy tak sobie podrygiwałam na deku zastanawiałam się ilu z Was tańczyło kiedykolwiek jeszcze przed umyciem zębów, hę? Naprawdę...   czytaj całość